NAUKA FRANCUSKIEGO

Nauka języków obcych: Co jest ważniejsze: gramatyka czy praktyka?

GRAMATYKA CZY PRAKTYKA
Jeżeli uważasz, że tworzone przeze mnie materiały są pomocne, proszę podaj dalej.

Nauka języków obcych:

Co jest ważniejsze: znajomość gramatyki czy praktyka?

Czyli może troszkę na moim własnym przykładzie i z mojego własnego doświadczenia: jak nie uczyć się języka obcego. Bo mam ze sobą nieudane podejście do nauki języka obcego, jakim jest język rosyjski. Co z tego, że ja bardzo lubię ten język. Co z tego, że nawet prawie skończyłam z tego języka licencjat. Studiowałam we Francji, ale studiowałem według francuskiej metody nauki, która sprawia, że Francuzi – no cóż – za bardzo nie błyszczą w nauce języków obcych, czy nie są uznanymi poliglotami. Raczej to posługiwanie sie np językiem angielskim mętnie i smętnie wygląda we francuskim wykonaniu. Bo po prostu Francuzi nie radzą sobie za dobrze w obcych językach.

Ale myślę, że winna jest temu również francuska metoda nauki języków obcych i to jest właśnie taka metoda, której bym nie polecała.

Na czym polega ta metoda?

Więc jest w niej bardzo bardzo dużo gramatyki.

Fakt: kiedy nie zna się gramatyki, trudno dobrze nauczyć się języka obcego. Bo trudno nie mając odpowiednich podstaw przejść na wyższy poziom. Ale z kolei: za duży nacisk na gramatykę, na dopieszczanie szczegółów, taki językowy perfekcjonizm i szlifowanie wszystkiego w najmniejszym detalu, zanim posuniemy sie naprzód. To po prostu wpędza w kompleksy i powoduje blokadę.
Więc po prostu, jak we wszystkim, tak i w nauce języka obcego potrzebna jest pewna równowaga. No i przede wszystkim praktyka: robienie tego na co dzień, choćby w mniejszych dawkach, ale regularnie, systematyczne powtarzanie, ugruntowywanie i ćwiczenie w praktyce.

Więc jak wyglądała ta moja nauka języka rosyjskiego?

Oczywiście uczyłam się języka rosyjskiego w szkole w Polsce. Ale później również we Francji. Natomiast tutaj właśnie troszkę ze względów papierologicznych, ponieważ potrzebowałam karty pobytu. Dlatego poszłam na studia, skadinad na bardzo fajnej uczeni, ktora do dzis bardzo ciepło wspominam i dalej polecam – więc jeżeli macie okazję, macie ochotę studiować języki w Paryżu – INALCO – Instytut języków i kultur obcych. Bardzo fajna uczelnia, z taka szczególna, pasjonacka atmosfera.

Więc po kilku (dokładnie 4) latach spędzonych w Inalco, ja naprawdę bardzo lubię język rosyjski. Ale uczyłam się go według tej francuskiej metody, czyli metody bardzo, ale to bardzo odtwórczej, polegającej głównie na zakuwaniu gotowych formułek. Co jest fajne …. w pewnej dawce. Bo ja rzeczywiście obudzona o 2 nad ranem wciąż potrafię wyrecytować kilka takich wyrytych na amen w mojej pamięci formułek. Mimo, że ten epizod w moim życiu sięga kilka ładnych lat wstecz.

Ale to jest właśnie kwestia dawki i równowagi.

Jeżeli cała metoda nauki ogranicza się tylko do takiego odtwórczego zakuwania i powtarzania suchych formułek, czy zakuwania odmian gramatycznych i recytowania ich (ale tak wyjętych z życia i z kontekstu). No to, co z tego, ze ma sie je w małym paluszku, kiedy w praktyce… No coz, kiedy trzeba użyć je w praktyce, człowieka dopada blokada: ale czy na pewno chce tu użyć odpowiedniej formy. Nie, moze lepiej nic nie powiem. Nie zabiorę głosu. Będę siedział cicho.

Więc ja bym powiedziała, że gramatyka jest ważna. Ale w takiej zrównoważonej dawce, czyli w praktyce ćwiczenie i ugruntowanie języka na różnych jego płaszczyznach.

Dlatego właśnie tak fantastycznie działa zanurzenie się w danym języku w tzw terenie. Czyli kiedy ktoś wyjeżdża, chociażby na miesiąc za granicę i jest bombardowany ze wszystkich stron danym językiem. Bo ma wszystkie napisy w danym języku np po francusku, bo ma telewizję w tymże języku, bo musi się wysilić, bo żeby chociażby kupić tę symboliczną bagietkę musi o nią poprosić w piekarni. Ale wtedy też człowiek tak wszechstronnie chłonie dany język obcy.

Ale w momencie, kiedy koncentrujemy się tylko na samej gramatyce i ona staje sie takim pępkiem wszechświata…

Po pierwsze: kto ma tyle samozaparcia, żeby zakuwać, zakuwać i zakuwać?

Tym bardziej, że te zakute formułki w zasadzie tak nie do końca cieszą. Bo właśnie cieszy to, kiedy stajemy w realnej sytuacji i zaczynamy rozmawiać z drugim człowiekiem, a wtedy okazuje się że, to czego się uczyliśmy procentuje, bo ja jestem w stanie przeprowadzić jakąś, choćby najbardziej banalna rozmowę, czy standardowa wymiane zdan.

Więc raczej równowaga, a nie tylko sama gramatyka.

Gramatyka jest ważna. Znajomość gramatyki jest ważna.

Właściwie nieznajomość gramatyki uniemożliwia wejście na wyższy poziom opanowania danego języka.

Natomiast zbytnie koncentrowanie się na gramatyce potrafi obrzydzić naukę języka.

Ale przede wszystkim nauka języka powinna przebiegać równolegle na kilku płaszczyznach. I tu po prostu trzeba dać sobie czas.
Jeszcze jedna bardzo ważna rzecz w nauce języka obcego. Tu nie ma drogi na skróty.

Powiem o tym na swoim przykładzie.

Kiedy studiowałam język rosyjski mieliśmy do przeczytania m.in. taki klasyk literatury rosyjskiej, czyli książkę „Bohater naszych czasów” Lermontowa. Lektura, nad którą pracowaliśmy przez cały jeden semestr, a w niej postać, może niezbyt sympatyczna postać głównego bohatera – Pieczorina. Czyli właśnie ten tytułowy symbol bohaterem naszych czasów, tzn owczesnych czasow – człowieka końca wieku XIX wieku.

Jako anegdotę powiem, że miałam kolegę w pracy – Białorusina, który też w szkole długo i boleśnie walkowal ta lekture i w momencie, kiedy studiowałam we Francji rosyjski, żeby mieć prawo do pracy, kiedy równolegle pracowałem na etacie i miałam małe dzieci – po prostu emigracja – tę książkę nosiłam ze sobą do pracy (bo przecież bez zaliczenia nie było mowy o przedłużeniu karty pobytu, a bez karty pobytu – kończyło mi sie prawo do pracy). Więc czytałam tego Bohatera naszych czasów Lermontowa, gdzie sie dało i gdzie popadło. A mój dobry kolega z pracy Alosza, kiedy tylko widział tę książkę (w zasadzie reagował na nią na płachta na byka= i mówi:

Ojej, jak ja nie cierpię tego Pieczorina. Rzeczywiście – niezrozumiany, czy wycięty z kontekstu (braku perspektyw i braku wolności końcówki XIX w) Pieczorin moze bardzo drażnić.

Pieczorin ma swoje wady i swoje zalety. To jest ta postać tytułowego bohatera naszych czasów.

Ale ksiazka, ktora ja wtedy czytałam to była taka typowa edycja książkowa lektury w dwóch językach, w ramach której jedna strona była wydrukowana po rosyjsku i ta sama strona, zaraz obok była napisana po francusku. No i co ja zrobiłam? Co ja robiłam na tych studiach, które zrobiłam w zasadzie i głównie dla karty pobytu. Więc to troszkę tłumaczy to, co robiłam. Ale też tłumaczy to, że ja języka rosyjskiego tak nie do końca się dobrze nauczyłam.

Bo ja szukałam drogi na skróty i oszczędności czasu.

Więc jeżeli miałam test po rosyjsku, który pisany cyrylica czytałabym 3 razy dłużej, ja po prostu czytałam sobie jego odpowiednik po francusku. A dzięki temu taka ksiazke potrafiłam przeczytać 3 razy szybciej.

Ale to też znaczy, że szłam na skróty, przyspieszam pewien proces, czyli znałam treść książki, ale nie ćwiczyłam języka, którego miałam zamiar się nauczyć. No akurat mieszkając we Francji, ćwiczyłam język francuski przy tej okazji. No ale język rosyjski i czytanie lektur w oryginale – leżało. Leżało już na tym etapie. Ale nie tylko.

Bo ja też miałam kolejny sprytny sposób na zaoszczędzenie czasu.

Ponieważ do każdej lektury, a w zasadzie do każdego rozdziału robiliśmy streszczenie po rosyjsku, oczywiście robiąc takie streszczenie, znowu nie czytałam lektury, tylko robiłam kompilacje z tego – bo to były już początki internetu, więc i w zasadzie mozna bylo znalezc gotowe streszczenia dowolnej lektury pod dowolnym kątem i wystarczyło zmielić je między sobą i wymieszać…

Ale ja dodatkowo podkreślam sobie w książce ważne, kluczowe dla zrozumienia treści zdania po francusku i później – taka byłam spryciula – i to było też takie szukanie drogi na skróty, które niekoniecznie prowadzi do efektywnej nauki języka, szukałam, gdzie to zdanie mi wypada po rosyjsku. Dalej skopiowałam ja i wkładałam do mojego streszczenia lektury. Czyli po raz kolejny szukałam drogi na skróty.

No i niestety Bohatera Naszych Czasów nigdy nie przeczytałam w oryginale. Choć powinnam to była zrobić w ramach moich studiów językowych. Chociaż naprawdę miałam cudownego wykładowcę rosyjskiej literatury pana prof. Lebiediewa, który mimo odcinek mojego kolegi Aloszy, który tak nienawidził Pieczorina, potrafił fantastycznie i z taka pasja opowiadać o tej pozycji rosyjskiej literatury, że aż prawie zaczęłam się rozkochiwać w rosyjskiej duszy.

No ale niestety: docelowo wybierałam pójście na skróty.

Książkę w oryginale mam w domu do dzisiaj – nieprzeczytana. Ale jakby zniechęciłam się już na starcie. Być może troszeczkę ten projekt na tamtym etapie przerastał mnie czasowo.

Ale gdybym chociażby spróbować przeczytać kilka stron po rosyjsku, myślę że to czytanie po kilku stronach szło by mi już sprawniej. A tymczasem ja szukałem drogi na skróty. A w języku obcym nie opłaca się szukać drogi na skróty.

Tylko trzeba otaczać się danym językiem, zanurzać się w nim, pływać w nim, żeby rozwijać się, żeby coraz lepiej się nim posługiwać.
Jest jeszcze jedna rzecz: bo nauka języka obcego to jest taka robota głupiego.

To znaczy w momencie, kiedy przestaniesz to robić, zaczynasz tracić to, czego się nauczyłeś, to co wcześniej wypracowałeś. Czyli właściwie cały czas na okrągło musisz sie uczyć i uczyć, aby nie tracić kontaktu z językiem. I to nawet nie po to, żeby się rozwijać. Tylko po to, żeby nie zapominać.

No niestety w tym momencie mija już 10 lat, odkąd przestałam studiować w paryskim Inalco.

Jakkolwiek czasami nęci mnie, żeby wrócić i skończyć te moje niedokończone studia (brakuje mi dosłownie tylko kilku przedmiotów, by mieć licencjat z języka rosyjskiego) i mieć ten dyplom. Ale niestety wiem, że wiele rzeczy już zapomniałam.
Natomiast bardzo dużo na tych studiach językowych (obok fascynujących przedmiotów jak historia, czy cywilizacja rosyjska) było suchych gramatycznych, do zakucia wiadomości, które sprawiły że może i świetnie zrozumiałam gramatykę naszych słowiańskich języków.

Natomiast chyba właśnie w związku z tym, że tak szczegółowo rozwodzić lismy sie nad każdym najmniejszym szczegółem gramatycznym, ja w pewnym momencie zaczelam odczuwac blokade i podswiadomie mowic sobie: aha, tu jest możliwość popełnienia błędu, aha, ale czy ten przyimek jest na właściwym miejscu, aha, ale czy to jest dobrze…
I to jest taki moment, który trzeba przejść. Trzeba po prostu rzucić się na głęboką wodę, zacząć praktykować język.

Bo w momencie, kiedy zamykasz się tylko w takim suchym powtarzaniu gramatyki na sucho, po prostu – użyję tu takiej metafory – nie nauczysz się pływać.

Zeby nauczyc sie swobodnie poruszac w danym języku, po prostu trzeba wyjść w teren, trzeba zacząć porozumiewać się w danym języku.

Oczywiście mówię to tak w przenośni.

W zasadzie w tym momencie nie mamy za bardzo możliwości podróżowania ze względu na kowid. Ale przecież mamy możliwość komunikowania się w różnych językach na odległość, właśnie dzięki internetowi.

Więc czemu by nie wyjść chociażby na instagrama i spróbować chociażby zacząć pisać komentarze w danym języku, którego się uczysz, nawiązywać kontakty z osobami, które piszą w danym języku. By w ten sposób i przełamać swoje opory, przezwyciężyć kolejną trudność, posunąć sie o etap wyżej.

Więc życzę Wam powodzenia – polecam tę metodę uczenia się, rozwijania się w danym języku, na różnych płaszczyznach, chwytania różnych okazji.

Ale – nie szukania drogi na skróty, nie – nie czytania lektury w danym języku, bo za ciężko…

Bo kiedy czytanie pierwszej strony daje posmak pracy w kamieniołomach. Ale przecież wystarczy tych stron przeczytać kilka i już dalej pójdzie lepiej.
Dobra nie przeczytałam tego klasyku rosyjskiej literatury w oryginale.

Ale wiem z innych pozycji literatury, że nawet jeśli na początku idzie jak po grudzie, ale kiedy troszeczkę się wciągniesz, troszkę się rozpędzisz, z czasem język danego autora, podobnie jak czytanie danego autora będzie szło coraz lepiej.

No ale właśnie ten Bohater Naszych Czasów pozostaje dla mnie takim wyrzutem sumienia.

Nie przeczytałam go w oryginale. Może kiedyś to zrobię. Ale to też jest lekcja tego, jak nie uczyć się języka obcego i lekcja tego, że w nauce języka obcego nie ma drogi na skróty. A jeżeli są, to daleko nie prowadzą.

Dziękuję serdecznie i do usłyszenia.
Pozdrawiam serdecznie
Beata


Jeżeli uważasz, że tworzone przeze mnie materiały są pomocne, proszę podaj dalej.

O AUTORZE

BEATA REDZIMSKA

Jestem blogerką, emigrantką, poczwórną mamą. Kobietą, która nie jednego w życiu doświadczyła, z niejednego pieca jadła chleb.

Od prawie 20 lat mieszkam na emigracji we Francji, w Paryżu.

Uważam, że emigracja to dobra szkoła życia i wymagająca, choć bardzo skuteczna lekcja pokory. Ale też wewnętrznej siły i zdrowego dystansu do samego siebie i momentami wystawiającej nas na próby codzienności.

Jestem tu po to, by pomóc Ci zgłębić tajniki języka francuskiego, rozsmakować się w nim. Opowiadam historie, które pomogą Ci lepiej zapamiętać francuskie wyrażenia.

Czasami rozśmieszę lub zmotywuję.

Znajdziesz mnie również na Instagramie, gdzie piszę bardziej osobiście o moim życiu w Paryżu i mojej pasji, jaką jest nauka języka francuskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.