Dlaczego Francuzi mówią kłamać jak wyrywacz zębów.

mentir comme un arracheur de dents

Kłamać jak wyrywacz zębów.

Szczęśliwie mój wyrywacz zębów nie musiał kłamać (że nie będzie bolało). Bo żyjemy w takich czasach, że nawet wyrwanie zęba nic nie boli. I to na poważnie. Przechodziłam przez to ostatnio. Krzyworosnący ząb mądrości, który w swojej domniemanej mądrości uciskał na inne zęby i był przyczyną nieustannego bólu głowy. Dużo strachu, to prawda. Ale pacjent przed wyrwaniem zęba jest tak nafaszerowany środkami znieczulającymi, że to naprawdę nic nie boli. Ale tak nie było zawsze.

Dawno, dawno temu…. i wcale nie za siedmioma górami.

Bo w dawnych czasach dentysta uprawiał swój proceder uwalniania pacjenta (nieszczęślwca czy cierpiętnika) od bolącego zębu w miejscach publicznych. Na placach, jak ten w pobliżu paryskiej Katedry Notre-Dame, czy też na uczęszczanych jarmarkach.

Dokonywał tego w dość prowizorycznych warunkach i przy użyciu dość siermiężnego sprzętu i siejących grozę narzędzi. Jeżeli tylko odważymy się puścić wodze fantazji i zapuścić w myślach do tamtych czasów…. Aż włos jeży się na głowie.

Ale taki jarmarczny dentysta, czy objazdowy wyrywacz zębów miał w zanadrzu jeszcze jedno niezawodne narzędzie: łgał jak wyrywacz zębów. Czy po naszemu kłamał jak z nut, że nie będzie bolało, że pójdzie jak z płatka, szybko, bezboleśnie….

A jak popatrzeć na stare ryciny, czy płótna z tamtych czasów upamiętniające ten proceder i ten niewdzięczny, choć nieodzowny zawód. Mina delikwentów poddanych torturom, nie przepraszam wyrywaniu zębów: mówi sama za siebie. Nie było ani szybko, ani bezboleśnie….

Szczęśliwie czasy się zmieniły, pozostało tylko wyrażenie:

Mentir comme un aracheur de dents. Kłamać, jak wyrywacz zębów.

Dzisiaj funkcjonuje w  powszechnym użyciu i oznacza kłamać jak z nut.

Pozdrawiam serdecznie

Beata Enregistrer

Enregistrer

Jeżeli Ty też – podobnie, jak ja kiedyś – uważasz się za antytalent językowy.

🤔 Znam osoby, które uważają się za antytalenty językowe – i sama też kiedyś za takowy się uważałam:

🤔w czasach szkolnych, kiedy nic nie umiałam i za nic w świecie nic nie kumalam z angielskiego.

Aż pewnego dnia coś się we mnie zmieniło, przełamało do tego języka,

przyszła nowa nauczycielka i zaczęła wymagać.

Bo u poprzedniej mało wymagającej niczego nie kumalam, ale to wystarczyło by się prześlizgnąć.

No ale teraz nie miałam wyboru – przysiadłam, zaczęłam zakuwać angielskie słówka (które dziwnym zbiegiem okoliczności, bez tego zakuwania zupełnie nie wchodziły mi do głowy).

A w miarę, jak je przyswajałam powoli zaczęłam wierzyć w siebie. A wiara czyni cuda i dodaje skrzydeł, by unieść coraz więcej pracy.

Co więcej ze zdziwieniem stwierdziłam, że lubię to robić.

Fakt, chciałam przede wszystkim nauczyć się języka francuskiego – to miłość mojego życia, nie wiem skąd ona mi się wzięła, wiem, że wywiodła mnie na manowce, tzn na emigrację.

Ale mniejsza o to, bo emigracja w jakiś sposób zawsze ubogaca życie. A w moim przypadku sprawiła, że posmakowałam rzeczy, których bez tego głodu i ciekawości świata, wywołanych pragnieniem nauczenia się języka francuskiego nigdy bym nie skosztowała.

Dzięki emigracji z niejednego pieca posmakowałam chleb. Moje życie jest o te smaki bogatsze.

Z kolei to, że znam angielski – jakoś tam – bo nauka języka nigdy się nie kończy – sprawia, że mogę słuchać wielu inspirujących podcastów –

bo to jest ten język, w którym w dowolnej dziedzinie możemy znaleźć najwięcej wartościowych materiałów.

Czasami po prostu chodzi o to, żeby uwierzyć w siebie.

To jest najlepszy punkt wyjścia – zanim zabierzemy się do działania. Ale też po drodze trzeba go w sobie pielęgnować….

I przede wszystkim nie zrażać się, gdy nie wychodzi od razu.

Bo pewne rzeczy wymagają tego, by połamać sobie na nich zęby w kilku kolejnych podejściach, by potem je pokochać.

A wtedy to będzie miłość z wzajemnością, która odwzajemni włożony wysiłek.

Warto było, chociaż nie było łatwo. Bo jeżeli znajdziesz drogę bez przeszkód to znaczy, że ona prowadzi donikąd.

Odwagi.

Pozdrawiam serdecznie

Beata

Historia paryskiej bagietki.

Historia paryskiej bagietki.

Bo wino, sery, beret i bagietka, czyli po prostu wszystko to, co najmocniej kojarzy się nam z Francją.

Bo bagietka jest czysto francuskim wynalazkiem. Choć dzisiaj rozeszła się po 4 stronach świata. Nadal jest kojarzona z Francją.

Nawet jeżeli Francja wcale nie jest tym krajem na świecie, w którym tej bagietki zjada się najwięcej. Bo raptem jest to 30 milionów bagietek na dzień. Bagatela. Ale…. Tymczasem w Algierii, która w tej kategorii dzierży palmę pierwszeństwa jest to 40 milionów bagietek na dzień.

Baguette tradition.

Tradycyjna paryska bagietka tzw la baguette tradition. Lub pieszczotliwie tradi. Choć tak wcale nie brzmi jej tradycyjna nazwa.

Bo tak została oficjalnie nazwana oficjalnym dekretem dopiero w 1993 roku. Kiedy to tradycyjne, rzemieślnicze, często rodzinne piekarnie były mocno zagrożone konkurencją ze strony pieczywa wypiekanego na skalę przemysłową.

Bo jednak tradycyjna bagietka różni się od tej sprzedawanej w supermarketach – rodzajem mąki wykorzystywanej do jej wypieku, która nie zawiera tylu dodatków i wymaga dłużej fermentacji.

Ale skąd w ogóle wzięła się bagietka?

I tego akurat do końca nie wiadomo. Dlatego wokół jej rzekomego pochodzenia narosło kilka legend.

  • Jedna z nich mówi o tym, że bagietkę wymyślono podczas wojen napoleońskich… dla wygody, czy z potrzeby wygody.
  • Inna, że bagietka wywodzi się z czasów budowy paryskiego metra. Chodziło o to, by pracujący przy jego budowie robotnicy nie pozabijali się wzajemnie nożami. Czyli by w przygotowaniu ma szybko posiłku mogli obejść się bez krojenia nożem. W przypadku tradycyjnego chleba ten jest niezastąpiony. Ale już bagietkę można rozkroić wzdłuż palcami.
  • A może po prostu bagietka była francuską kopią chleba wiedeńskiego, tzw pain viennois.

Jak Francuzi jedzą taką tradycyjną bagietkę?

Ano w formie kanapki z bagietki, czyli tzw sandwich. Wiele osób kupuje je tradycyjnie w piekarniach w porze obiadowej.

Jednym z tradycyjnych modeli podłużnej kanapki na bazie bagietki jest tzw sandwich mixte. Czyli 1 chrupiąca bagietka (une baguette croustillante), przekrojona na pół. Posmarowana musztardą (czasownik: tartiner). Do środka wkładamy plasterek szynki (une tranche de jambon). Plus dodatki takie jak: cebulka, kiszone ogórki przekrojone na pół, poszatkowana cebulka, kilka plasterków sera np typu cantal.

Smacznego.

A ja pozdrawiam Was serdecznie

Beata

 

Jak francuska Statua Wolności podbiła Amerykę?

Bo czy w ogóle wiecie, że Statua Wolności, ta którą tak dobrze znamy z hollywoodzkich filmów, ta która wita przepełnionych nadzieją emigrantów przybywających do Nowego Jorku jest francuskim podarkiem dla Ameryki i Amerykanów. Sprzed 130 lat.

To prawda, że przez te 130 lat sporo się wydarzyło. Ale nawet jeżeli dzisiaj Statua Wolności stała się prawe oficjalną twarzą Ameryki, jej historia zaczęła się we Francji. Najpierw w pracowni jej pomysłodawcy Augusta Bartholdi. Następnie w atelier niejakiego pana Eiffla (tego od wieży).

Może nigdy Statua Wolności nie urosłaby do rangi takiego symbolu, gdyby nie to, że jej twórca August Bartholdi tak strategicznie przemyślał sobie cała swój projekt i w tak skuteczny sposób przeprowadził jego promocję.

A dalej pan Eiffel (ten od wieży), znalazł równie przemyślne rozwiązanie, by cały ten projekt spakować po kawałeczku, załadować na statek i przewieźć do Ameryki.

  • Po pierwsze August Bartholdi zamówił sobie ogromne zdjęcie panoramiczne zatoki Nowojorskiej.

By lepiej zwizualizować ostateczny efekt i dobrać najlepsze umiejscowienia dla swojej statuy.
Bo jeżeli Statua Wolności tak mocno zapada w pamięć, przybijającym do Nowego świata emigrantom, to pewnie również dlatego, że tak zręcznie została wpisana w otaczający ją pejzaż.

  • Po drugie August Bartholdi jeszcze na etapie prac zaczął myśleć o promocji swojego projektu.

I znowu zwrócił się do profesjonalnych fotografów o udokumentowanie kolejnych etapów powstawania statuy.  A przecież była to dopiero druga połowa XIX wieku. Jeszcze nie było Instagrama i Snapchtata i tak popularnego tu pokazywania kulis swojej pracowni, celem jej promocji (tzw behind the scene).
Ale August Bartholdi jakby przeczuwał nadejście nowych technologii i nowych metod promocji. I zręcznie potrafił je wykorzystać.

  • Czyli August Bartholdi bardzo wcześnie docenił znaczenie dobrej jakości zdjęć w marketingu.

Może również dlatego, że sam swoją karierę zaczynał właśnie jako fotograf. Ale tu posunął się jeszcze o krok dalej.

  • W ramach promocji Statuy Wolności zainicjował – jakbyśmy to dzisiaj nazwali – happening.

W 1877 roku zrealizował bardzo oryginalny fotomontaż. Umieścił reprodukcję głowy Statuy Wolności na fasadzie Pałacu przy Polach Marsowych, która niedługo miała stać się głównym wejściem Wystawy Uniwersalnej z 1879 roku.

Ostatecznie w 1886 roku Statua Wolności dotarła na Nowy Kontynent. A tam zaczął się kolejny amerykański etap jej losów. Ale ten może nie byłby możliwy, przynajmniej nie na taką skalę, gdyby nie zręczny marketing przeprowadzony przez Augusta Bartholdiego jeszcze na ziemii francuskiej.

Niemniej do dzisiaj w Paryżu znajdziecie namiastkę, czy wspomnienie o Statule Wolności. Jedna z jej kopii (bardziej miniaturowych) znajduje się na Île aux Cygnes,  czyli na tzw Wyspie Łabędziej.

Pozdrawiam serdecznie

Beata

Podobne wpisy:

O amerykańskich śladach w Paryżu przeczytacie TUTAJ

Enregistrer

Enregistrer

To był rok w Paryżu.

To nie był łatwy rok dla paryżan. Mrocznym cieniem położyły się na nim zamachy terrorystyczne z listopada 2015r. Które zaskoczyły cały świat. Ale to przecież paryżanie stoją tu na pierwszej linii. To ich dotknęły liczne obawy o swoje bezpieczeństwo. To ich dotknął spadek rezerwacji w turystyce. Powiązany z tym spadek gospodarczy. Bo przecież turystyka (i powiązane z nią sektory, jak gastronomia, hotelarstwo, a także handel) zapewniają sporo miejsc pracy.

A jednak paryżanie, przy okazji wplątani w tę wojnę cywilizacji, dzielnie stawili jej czoła. Nie załamali rąk. Nie poddali się. Nie zrobili tego, co było zamierzeniem terrorystów: nie przestali wychodzić z domu i chodzić do kawiarni, restauracji, na koncerty. Bo życie toczy się dalej. Może tylko paryżanie bardziej uświadomili sobie jego ulotność i przez to wartość każdej przemijającej chwili.

Ponieważ szersze podsumowanie minionego roku przygotowałam dla Was w tym wpisie, teraz mam tylko dla Was kilka migawek z mojego Instagrama, ułożonych w miarę chronologicznie.

Styczeń.

Miniony rok zaczął się … wyjątkowo spokojnie. Spokój, niewielu turystów w zwyczajowo mocno uczęszczeanych miejscach.

Coraz więcej paryżan kolejny rok z rzędu przesiadło się na rower. Który staje się coraz popularniejszym środkiem transportu w Paryżu. Z uwagi na jego dostępność (tzw vélib – rowery do wynajęcia) i łatwość parkowania.

Luty

Sama fotografowałam często z okien samochodu. Trochę smętny jest ten zimowy pejzaż Paryża. Ale wciąż ma to swój nieodparty urok.

 

Marzec

A jednak Paryż wciąż pozostaje jednym z najromantyczniejszych miejsc na ziemii. Wciąż ściąga do siebie licznych zakochanych, którzy pragną mieć stąd niezapomnianą pamiątkę na dalszą drogę życia.

Kwiecień.

Czy może być coś bardziej romantycznego niż wieczorny spacer we dwoje wzdłuż niestrudzenie bijących romantyzmem i romantyczną tradycją nadbrzeży Sekwany, gdzieś na wysokości Quai Montebello.

Maj

Albo trzymając się za rękę, razem wpatrując się w nieśmiertelne skrzynie bukinistów.

Czerwiec

To jest gratka. Wizyta w podparyskim Disneylandzie. Właśnie czerwiec jest dobrym ku temu momentem, bo pogoda już dopisuje, i to prawie na pewniaka, a ludzi jeszcze nie ma. Bo sezon turystyczny pełną parą zacznie się dopiero w lipcu.

Lipiec

Paryżanie zwyczajowo odkrywają wtedy uroki upałów i niestrudzenie poszukują skrawka cienia w rozgrzanym do granic możliwości Paryżu np jak tu w Ogrodach Tuileries.

 

 

Zaimporowizowana plaza w paryskich ogrodach Tuilleries
Widok na Pont Neuf z Pont des Arts. No dobra, to zdjęcie sprzed lat. Bo takich kłódek wiecznej miłości już na nim nie ma. Zdjęto je (jako ofiarę własnego sukcesu), bo balustrada mostu groziła zawaleniem.

Lipiec to był też czas Euro, początkowej euforii i zawiedzonych nadziei dla Francuzów, kiedy zwycięstwo odjechało do Portugalii.

Euro 2016 i te flagi….

Sierpień.

W Paryżu tradycyjnie panuje spokój. Paryżanie wyjechali na wakacje. I nawet jest łatwo o miejsce do parkowania. A te też są darmowe. Tylko w sierpniu.

Puteaux, widok na la Défense.

Wrzesień.

Paryżanie wrócili, a życie toczy się dalej uznanym ciągiem. Paryżanie lubią wysiadywać na tarasach kafejek, czy na ławeczkach. A pogoda tradycyjnie temu sprzyja.

Październik.

Jeszcze da się pojeździć rowerem po Paryżu i nacieszyć przyjemnym ciepłem październikowych dni.

Paris Lifestyle w rytmie slow.

Listopad

Dni stają się coraz krótsze. Ale to też ma swój urok, szczególnie w Paryżu.

EMH Early Morning Hours in Disneyland Paris
Paris Lifestyle: rower i kiosk z gazetami.
Kolory jesieni.
Widok na La Défense
Końcówka jesieni i tona liści załadowana na ciężarówkę.

Grudzień

Zachwycająca gra świateł i wszechobecne dekoracje świąteczne. A jednocześnie pogoda w tym roku pozwalała na spacer w plenerze. Jak tu na obrzeżach Paryża w pobliżu parku Bagatelle.

 

Paris by night. Gwiazdkowe dekoracje na La Défense.
Ziemia niczyja idealna na spaer Park Bagatela Parc de Bagatelle.

Pozdrawiam serdecznie

Beata

 

Enregistrer

Enregistrer

Enregistrer

Enregistrer

Enregistrer

Enregistrer

Enregistrer

Enregistrer

Enregistrer

Enregistrer

Enregistrer

Opera Paryska

Duch barona Haussmanna w Operze?

Czy mówi Wam coś nazwisko barona Haussmanna? Wiele budnków mieszkalnych w Paryżu nosi nazwę « haussmannien ». Jest to synonim dobrej jakości i wysokiego standardu. Baron Haussmann  to prefekt z czasów tzw drugiego cesarstwa czyli spod Napoleona III. To jemu Paryż zawdzięcza swój obecny wygląd. Wytyczył wielkie bulwary, wyburzył wiele istniejących (czasami bardzo starych) budynków, (jako niespełniających jego standardów jakości). Jeżeli dziś Paryż wygląda jak wygląda (przelotowe arterie, potężne budynki) to za sprawą barona Haussmanna. A do największych okazów paryskiej architektury spod znaku barona zalicza się Operę Paryską tzw Operę Garnier.

Ten okazały budynek z zadziwiającą fasadą w stylu neobarokowym (powstała w latach 1862-75), został zaprojektowany przez Charles Garnier, na polecenie Napoleona III. Przy dużym zaangażowaniu hrabiego Aleksandra Walewskiego (czyli syna Napoleona Bonaparte i pani Walewskiej), a ówczesnego ministra spraw zagranicznych.

Budynek Opery miał właśnie upiększyć Wielkie Bulwary, dodać blasku cesarstwu (jak wszelkie przebudowy, rozbudowy i wyburzenia zainicjowane przez barona Haussmanna). Co swego czasu miało sporo przeciwników (jak to zawsze dzieje się w polityce). Gusta artystyczne pana barona Haussmanna były przedmiotem niewybrednch żartów. Jeden z bohaterów popularnej w owym czasie sztuki, którą bawił się cały Paryż mówił, że należałoby wyprostować Sekwanę, bo jest coś szokującego w jej nieregularnym łuku.

Opera Paryska okazale prezentuje się nie tylko z zewnątrz. Zajmuje powierzchnię 11 000 m kwadratowych. Jej widownia może pomieścić 2200 widzów. A na scenie razem może wystąpić 450 aktorów i statystów.

Przy Operze znajduje się słynna szkółka baletowa, która kształci przyszły narybek dla baletu Opery Garnier.

Przyjemnie choć pochodzić wkoło i nałykać się tej atmosfery artystycznego Paryża. No i strzelić sobie pamiątkową fotkę.

Pozdrawiam serdecznie

Beata

 

Exit mobile version